Pochowajcie mnie z listą zadań

Czyta się: 4 minuty

lista zadań

Usłyszałam ostatnio u The Minimalists, że przeciętny człowiek stara się odhaczać punkty z listy zadań z takim zaangażowaniem, że na łożu śmierci gotowy jest wołać „pochowajcie mnie z listą zadań!”.

To, co dzisiaj mam na liście zadań (przygotować slajdy do prezentacji, wysłać przypomnienie o wypełnieniu danych, odpowiedzieć na maile) nijak się ma do tego, co mam ochotę zrobić (obejrzeć kolejny odcinek serialu, dokończyć „Wannę z kolumnadą” Filipa Springera i iść na masaż). Masz tak czasem? Zadania na liście, które nie sprawiają żadnej przyjemności a przeciwnie: samo patrzenie na nie odbiera energię? Co więcej, jakoś nigdy nie udaje się wykreślić wszystkiego? Ostatnio dużo myślę, skąd to się bierze. Miałam nadzieję, że udało mi się już odpuścić tendencję do brania na siebie zbyt wielkiej ilości zadań i że dobrze rozumiem swoje priorytety. A jednak coś poszło nie tak. Dzisiaj o tym.

Zgadzam się, bo nie wiem, czego chcę

Na mojej liście ląduje zbyt wiele zadań, bo nie mam dobrze ustalonych kryteriów, które pomagają ocenić, czy zadanie powinnam w ogóle wykonać. W efekcie, czasem pozwalam innym wrzucać mi jakieś tematy, które – delikatnie ujmując – niezbyt mnie ekscytują. Żeby to opanować, ostatnio ustaliłam, korzystając z Esencjalisty, kryteria minimalne i maksymalne, które staram się stosować. McKeown proponuje stosować je tak:

Oceniając daną opcję, pomyśl o najważniejszym kryterium mającym zastosowanie do decyzji, a następnie przyznaj opcji notę 0-100. Jeśli ocenisz ją na mniej, niż 90 procent, automatycznie zmień ocenę na 0 i odrzuć.

Sposób ten, podobny zresztą do zasady 25/5, o której pisałam innym razem, staram się stosować, odpowiadając na takie pytania:

Po pierwsze: Czemu miałabym się tym zająć? Czy mam wystarczający wpływ, żeby osiągnąć dobry rezultat? (to moje kryterium minimalne: nie chcę się zajmować rzeczami, na które nie mam wpływu, bo nie lubię kopać się z koniem) Na ile jest to zgodne z moimi wartościami, talentami i z moimi pasjami? (to moje kryteria maksymalne: chcę się zajmować rzeczami, które mnie ciekawią)

Po drugie: Czy to jest właściwa rzecz? jakie są alternatywy? Co odrzucam, wybierając, że się tym zajmę? Ponieważ już mam dużo zaplanowane, decydując się na przyjęcie jakiegoś zadania, muszę zrezygnować z innego, albo wykonać je kosztem mojego odpoczynku lub czasu, który chcę spędzić z bliskimi. Ważne jest dla mnie zastanowienie się, czy czasem lepszą rzeczą nie jest to, co już wcześniej miałam w planie oraz, czy proponowane zadanie rzeczywiście jest najlepszym z możliwych.

Po trzecie: Czy to jest dobry czas? Co już mam zaplanowane? co z tego jestem gotowa odpuścić? czy zajęcie się tym nie zabierze mi odpoczynku?

Nie doceniam, ile czasu zabierze mi zrobienie wszystkich rzeczy z listy

Mam skłonność do beztroskiego dodawania kolejnych zadań, bo wydaje mi się, że ze wszystkim zdążę. Kiedy nie jestem wystarczająco skupiona na tym, co robię, automatycznie wrzucam na listę kolejne zadania, bez zastanowienia się, ile rzeczywiście czasu zajmą. Świadomość tej tendencji pomaga mi pracować nad zwolnieniem i poświęcaniem chwili uwagi, zanim zadanie dopiszę do listy.

Nie umiem powiedzieć nie

Nie lubię odmawiać i sprawiać innym przykrości lub ich rozczarowywać, więc co tu ukrywać, czasem wolę rozczarować siebie i zabrać sobie trochę czasu wolnego. Bywa też, że nawet nie biorę pod uwagę, że mogę powiedzieć nie i dopiero po fakcie orientuję się, że przecież mogłam! Żeby sobie z tym poradzić, staram się stosować różne patenty. Na przykład, nie proponować pomocy, kiedy ktoś o nią nie poprosi: w pracy zwykle umawiam się, że jeśli ktoś będzie potrzebował mojego wsparcia, napisze do mnie i wyjaśni, co dokładnie chciałby, żebym zrobiła. Zaskakująco wiele osób, poproszonych o konkretne sformułowanie prośby jednak nie decyduje się sięgnąć po moją pomoc.

Wydaje mi się, że im więcej robię, tym więcej jestem warta

Jak każdy, mam różne przekonania na temat tego, co jakie warunki muszę spełniać, żeby móc powiedzieć, że „jestem ok”. U mnie pojawiają się takie hasła, jak „jak coś robisz, rób porządnie”,  „najpierw praca, potem przyjemność”: wszystko to sprawia, że mam skłonność do brania na siebie za dużo. W ogarnięciu się pomaga mi dodawanie kolejnych zasad. Moją ulubioną, o której wiele razy pisałam, jest „w życiu nie o to chodzi, żeby nie upchnąć jak najwięcej zadań”. To przekonanie wzmacnia mnie w umiejętności odrzucania spraw, którymi nie chcę się zajmować.

W mojej pracy nad skracaniem listy zadań najbardziej chodzi o to, że chcę sama decydować o tym, co robię. Nie lubię, kiedy muszę wykonywać zadania pod czyjeś dyktando i nie mam możliwości wybierania, czym się zajmę. Kiedy pracuję nad sprawami, które rzeczywiście są dla mnie ważne, wcale nie muszę tworzyć listy zadań, bo sprawa jest jasna: zajmuję się tą rzeczą, która mnie pasjonuje. U Ciebie może to wyglądać inaczej. Mam nadzieję, że moje przemyślenia Ci się przydadzą!

Wpis ilustruje fragment obrazu Cornelisa Briese „Dokumenty amsterdamskiej izby skarbowej”, Pałac Królewski, Amsterdam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *